samebody blog

Twój nowy blog

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

.


The Cure – Want !

Zawsze chcę więcej

chcę wszystkiego, czego nie mam


Wszystkiego


Chcę tego wszystkiego


Po prostu nie mogę się zatrzymać


Planując wszystkie swoje dni


Ale nigdy nie znajdując drogi, aby zostać


Albo przynajmniej czuć, że dziś jest wystarczająco


Jutro musi być więcej


Więcej picia więcej spania więcej prochów


Więcej pożądania więcej przywództwa więcej miłości


Więcej strachu więcej zabawy więcej bólu więcej błysku


Więcej gwiazd więcej uśmiechów więcej sławy więcej seksu


Ale… nie ma znaczenia, jak bardzo chcę


Głęboko w głębi siebie, wiem -


Nigdy nie będę miał więcej nadziei


Ani więcej czasu


Ani więcej czasu


Ani więcej czasu


Ani więcej czasu


Chcę, żeby niebo się zawaliło


Chcę światłości i piorunów


Chcę krwi zamiast deszczu


Chcę, żeby świat sprawił, że zacznę się zastanawiać


Chcę stąpać po wodzie


Wybrać się na Księżyc


Daj mi to wszystko i daj mi to szybko


Więcej picia więcej marzeń więcej prochów


Więcej pożądania więcej kłamstw więcej miłości


Ale… nie ma znaczenia, jak bardzo chcę


Głęboko w głębi siebie, wiem -


Nigdy nie będę miał więcej nadziei


Ani więcej czasu


Ani więcej czasu


Ani więcej czasu


Ani więcej czasu

NosFeraTum

Brak komentarzy

Grz – Tak To ja !
Chciałbym budzić się w łożu wodnym, dobrze się ubierać

nie chodzić głodny, mieć swój własny chodnik
w nim dłoń odbitą, strzelić w łeb tym, co mi Źle życzą
góry na własność na nich do willi wyciąg i co
i kurew tysiące, przestań bić się z własnym ojcem
złoto, które oświetla na Majorce słońce gorące
płonące gliny i co pół godziny
jeŹdzić inna furą patrząc jak me odrzutowce na niebie wirują
na mym lotnisku co z dumą kołują kurwa jak te marzenia mnie dołują
zamiast wodniaka me plecy od podłogi chorują
rówieśnicy podjeżdżają betami, z biedy sobie żartują
zastanawiałeś się jak to jest gdy inni głód czują
i plują na problemy, mówią my o nich nic nie wiemy
mamy co chcemy, żyjemy w raju
dzień w dzień na haju, a co złego w tym kraju to nie u nas
jeszcze wczoraj tata dał mi na skuna
tak pamiętam wielkiego skręta i policję biorącą w łapę
a w ich radiu słyszałem zgłoszenie
że ktoś odjebał w mym sąsiedztwie chatę
a dziś rano zamykali jakiegoś biedaka za kratę
podobno nie miał na szamę, matki nie znał
tydzień temu zajebali mu tatę, ale co mnie to, jadę
dziś impra u kumpla, kilka kumpli naćpanych z nimi małolatek
Co to ma być kurwa mać
Sami krzyczą, chcemy by nas usłyszeli
lecz gdy inni krzyczą w dodatku słabsi
udajemy, że ich nie słyszymy
czy to normalne, kurwa mać, ludzie

Naładowany nerwami patrzę na bramy bogaczy
a za tymi bramami drogi wyłożone marmurami
przyjęcie z błyszczącymi kieliszkami
i oczami się karmię, myślę o swej pannie
w złotej wannie, lecz ten widok kłamie
niestety, o rety, gazety tego pełne
wypowiedzi bezczelne
tych, co wełnę 100% na palec nawijają
tych, co domy, co chwile nowe stawiają
tych, co takich jak ja nie zauważają
tych, co i mnie do nierównej wojny o byt wyzywają
tych, co mnie olewają
tych, co mą przeszłość wyśmiewają
tych, co złe dzieci przede mną przestrzegają
mówiąc tych z tatuażami łysych ludzie nie kochają
tępią, na marginesie zostawiają

Tak to ja ten niby gorszy, tak to ja ten niemający forsy
Tak to ja ten myślący codziennie, co zrobi, gdy się skończy
Tak to ja ze wkurwienia teraz krzyczący
Tak to ja ten słyszący grozę co dnia, tak to ja…
Wypchane portfele, na zawołanie przyjaciele mających za wiele
nie znających słów dziś z bliŹnim się podzielę
ci dający najwięcej w kościele nie koniecznie będąc w nim w niedziele
no wiesz fotel za fotelem liczy się poparcie, a zwłaszcza
gdy dzieci jego na starcie pokazują zachciankę wskazującym palcem
zanim zaczną walczyć wygrać muszą z biedą i tak w nierównej walce
a ojciec ich dziś kupić musi biżuterie swej kochance
iść pośmiać się z Marcinkiem Dańcem a ja będąc dla niego wygnańcem
w oczy mu się wpatrzę i z uśmiechem na twarzy zaklaszcze
i opatrzę na jego oczach własne rany i może zrozumie
że to dzięki jego światu mojemu zostaną wolno przydzielone zmiany
gdy świat ten gruzem przysypany, rękoma takich jak on być musi odkopany
czy to temat zrozumiany?

I opatrzę na jego oczach własne rany
i może zrozumie, że to dzięki jego światu
mojemu wolno zostaną przydzielone zmiany
gdy świat jest gruzem przysypany
rękoma takich jak on być musi odkopany
czy zostałem teraz zrozumiany?

[x2]
Tak to ja ten niby gorszy, tak to ja ten niemający forsy
Tak to ja ten myślący codziennie, co zrobi, gdy się skończy
Tak to ja ze wkurwienia teraz krzyczący
Tak to ja ten słyszący grozę co dnia, tak to ja…

Coma – Lsnienie  !


W tamtym ciemnym domu


Pojawiły się


Nie wiedzieć skąd


Świetliste cienie.


Potem nagły wstrząs


Obezwładnił nas


Nieznośny blask


Ogniste lśnienie.


Prześwietlone oczy


Prześwietlone neonami łby


Tęczowe włosy.


Prześwietlony byt


Ultrafioletowe łzy


I my jak prześwietlony film.


Trzeba będzie tworzyć


Supernowy, prześwietlony kształt


By rzeczom nadać treść.


Prześwietlony świat


Niedorzecznie idealny plan


Już nic nie znaczy.


Braciszku


Przyszło nam szumieć


Na skurwiałym bruku miasta królów.


Braciszku


Przyszło nam przejrzeć na oczy.


Ja wiem, nosiliśmy w sercach


Misterne projekty


Bezpiecznej hodowli dusz.


Ja wiem ile zostało w nas ufności


Gdy formy zniosła treść.


Nie mniej było pytań


Kiedy legły w gruzach


Konstrukcje sprawiedliwych.


Nie mniej smakowało


Uleganie szaleństwu


Naginanie wieczności.


Ja wiem, teraz nam trzeba


Z entropii, z wolności i głodu


Odnowić moc.


Ja wiem ile zostało w nas ufności


Choć formy zniosła treść.


Ja wiem!


Trzeba będzie na własność


Odbudować nam kosmos.


Nie mniej dobrze mi wiedzieć


Że rozumiesz, że jesteś.


Prześwietlone oczy


Prześwietlone neonami łby


Tęczowe włosy.


Prześwietlony byt


Ultrafioletowe łzy


I my jak prześwietlony film.


Trzeba będzie tworzyć


Supernowy, prześwietlony kształt


By rzeczom nadać treść.


Prześwietlony świat


Niedorzecznie idealny plan


Już nie dotyczy nas.

The past is gone..

Kiedyś dopadła mnie świadomość
Że mam dość że ta młodość
To jest coś co przemija
Tak jak ktoś się odbija
Proste niczyja wina taki jest życia porządek
Lecz wszystko co ma koniec ma też swój nowy początek.”

„znaki czasu”



Eldo – Swiadek Z Przypadku..

Szedł Ząbkowska skręcił w Brzeską. Szedł wolno
Latarnie przecinały mrok w noc spokojną
Sam z głębi bram mrok bacznie się przyglądał
Prosto w jego serce kamień, który tam został
Cień był jedynym przyjacielem
Tylko on słuchał i tylko on rozumiał tak wiele
Od początku w kamienicach Starej Warszawy
Był z nim. Chodził aleją Róż w ślad za nim
W sercu miasta w dusznych studniach
Wśród ludzkich losów, którymi jakiś złośliwy bóg gra
Znalazł swoja bramę. Zawsze mieszkał pod „Siódemką”
Wiesz. Znowu nie było światła na klatce
Trzymał się ręką zimnej poręczy
Cierpliwie wchodził po schodach
Po których wchodził prawie całe życie

Lekka wilgoć w powietrzu. Schody były śliskie
Smutne miejsce. Noc witano tu krzykiem
Ciemność przynosiła strach,tragedie kamienic
Gdy ludzie zarabiali tylko tyle by przeżyć
Zawsze miał siłę wierzyć, nawet, gdy widział śmierć
Człowiek zrobi wiele by przeżyć. Nawet najgorszy grzech
W sierpniowym skwarze przyszedł wielki dzień
Lecz jego przyjacielem był juz warszawski cień
Domy, które stały się gruzem
Płonęło miasto a on patrzył i płakał patrząc na łunę
Niepokorne myśli pełne dumy ulicy
Czołgi deptały młodość tych, którzy walczyli o wolność
Mrok wziął jego rękę. Trzy dni jak wiek niemal
Byle dojść, nie usnąć. Byle starczyło powietrza

Miał szczęście. Wyszedł. I znów widział światło
Lecz całe światło, jakie miał zostało pod kanału klapą

Smutek, bo coś umarło tego dnia
Żył tego dnia a nie czuł juz swojego serca
Obojętny na cokolwiek przed nim
Po tych trzech dniach nie było rzeczy, przed, którą czułby strach
Los traktował go surowo. Młodość stracił na wojnie
A zdrowie w katowniach UB. na starym Mokotowie
Przywykł do ciemności, niczego nie pragną
Miał marzenia kiedyś. Teraz w nim juz wszystko umarło
To był inny kraj, ale te same miasto
Jak feniks miało siłę żeby się podnieść z płomieni
Chciał zatrzymać czas i na skrzydłach jak ptak
Zobaczyć miasto, które tak kochał ostatni raz

Lubił spacery od Placu Zbawiciela przez Koszykową do Alei
Potem książka w Łazienkach. Kawa na Alei Wyzwolenia
Potem przez plac i Mokotowską
Tą samą trasą, co przed wojną z ojcem
Zdziwił się skąd ta nagła nostalgia
I setki wspomnień z tego, co los zapisał na swych kartach
Dni dumy i mroku i lata niewinne
Tak piękne, ale jak, przez mgłe tak odległe
Umarł na schodach zanim dotarł na górę
Serce było martwe. Mrok swoim okrył go całunem
Syn tego miasta. Nikt konkretny. Zwykły
A w jego losach są i moich bliskich życiorysy
I wielu tych, którzy miasto kochali tak mocno
Że zawsze z dumą w głosie będą mówić skąd są
I jeszcze jedna rzecz dotyczy mnie bezpośrednio
Po tych ulicach chodziłem z ojcem za rękę jako dziecko


Eldo – Połamany Ludzik

Próbowali odnaleźć swój spokój w szczęściu, wzajemnie,

Nie mieli wspólnych marzeń, chociaż od zawsze byli razem.


Jeden niedostępny, pochłonięty wciąż myśleniem,


Drugi ślepy i głuchy, zajęty do przodu pędzeniem.


Czasem ten pierwszy wyciągał dłoń, bo się martwił,


Ten drugi uwierzył, że sobie poradzi sam z tym,


Okiełzna świat, rozum nie może mieć barier,


Uwierzył, że sam da radę, sam będzie swoim światłem.


Pierwszy tupał ze złości, gdy nieodpowiedzialne dziecko


Wiedziało co jest słuszne i tak wybrało szaleństwo.


Zalewał świat łzami, topił w rozpaczy,


Ten drugi robił wciąż źle, mimo wiedzy, że go straci.


Taka ludzka natura, że możemy mieć dobry przykład,


A i tak potrafimy tylko źle wybrać.


Robimy mnóstwo błędów, tracimy głowę dla zmysłów,


Chcemy być coraz mocniejsi, myślimy, że to droga mistrzów.


Ten drugi też tak myślał, czcił swoją wolność,


Od kilku tysięcy lat ciągle mieszkają obok.




Ten pierwszy wskazał mu drogę, pokazał sposób,


Dał środki na to, żeby mogli w końcu spotkać się kiedyś.


Mówił do niego często i spokojnie słuchał,


Wymagał tylko wierności i tylko jego kochał.


Ten drugi kochał życie, chciał być szczęśliwszy niż lepszy,


Myślał o swym przyjacielu tylko, gdy ponosił klęski.


Mówił do niego ze łzami płynącymi z oczu,


Prosił o spokój, by pokazał mu na kryzys sposób.


Ten pierwszy wciąż pomagał, wciąż ufał,


Wciąż dawał mu znaki i pomagał drogi szukać.


Ten drugi, gdy tylko wyschły łzy, robił wszystko by oszukać


I dalej uciekał w swoje sny o chmurach.


Chciałby iść prosto, w drugą stronę, prawdy nie szukał, spokoju,


Lecz luzu i sławy. Dziwnie działamy, nie słysząc słów przyjaciół,


Mimo mocy rozumu, nie umiemy pokonać strachu przed samotnością,


Dusi nas makrokosmos, tracimy życia ostrość, psuje nam go pozorna wolność.


Ten drugi dla blasku chwili stracił głowę, pierwszy pełen szczęścia,


To związek w jedną stronę.




„Kocham widoki towarzyszki kiedy się uśmiecha

z tym obrazem w sercu chciałem żyć i umierać


dziś zimne oczy w których przepaść


zostawiła cię to nie była to kobieta twojej głowy, twego serca”  !

Hooverphonic – Eden

Czy kiedykolwiek pomyślałeś o mnie
jako o swoim najlepszym przyjacielu?

Czy kiedykolwiek o Tobie pomyślałem
Nie skarżę się.

Nigdy nie próbowałem poczuć.
Nigdy nie próbowałem poczuć tej wibracji.

Nigdy nie próbowałem dosięgnąć.
Nigdy nie próbowałem dosięgnąć Twojego raju.

Czy kiedykolwiek pomyślałem o Tobie
jako o swoim wrogu?

Czy kiedykolwiek pomyślałem o Tobie
Skarżę się.

Nigdy nie próbowałem poczuć.Nigdy nie próbowałem poczuć tej wibracji.
Nigdy nie próbowałem dosięgnąć.
Nigsy nie próbowałem dosięgnąć Twojego raju.


  • RSS